Wybory w Polsce zagrożone? Działalność Facebooka wpłynie na ich wynik

24.09.2019 09:43
facebook może wpłynąć na wyniki wyborów
fot. Shutterstock/ AlexandraPopova (ilustracyjne)

– Manipulowanie treścią poprzez algorytmy nie jest nielegalne, ale z pewnością nie jest moralne. Choć celem Facebooka czy Googla jest zarabianie pieniędzy, to poprzez zakłamywanie rzeczywistości serwowanej użytkownikom przykładają rękę do przesądzania o wynikach wyborów – mówi Kamil Stępniak, doktorant w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Białymstoku.

Chcesz być na bieżąco? Śledź Radio ZET - BIZNES na Linkedin  

Czy działalność firm takich jak Google czy Facebook może wpłynąć na wyniki wyborów?

Kamil Stępniak: Zapewne  istnieje takie zagrożenie. Największe wątpliwości rodzi to, w jaki sposób treści pojawiające się na tym portalu społecznościowym są nam komunikowane oraz jak przebiega ich dobór względem konkretnego użytkownika.

Głównym problemem jest brak wiedzy na temat algorytmów, jakie ta firma stosuje, by serwować nam treści związane z wyborami. Bardzo możliwe, że Facebook czy Google tworzą takie algorytmy, które sprzyjają zakłamywaniu rzeczywistości. Te firmy nadają priorytet tym treściom, które z różnych powodów mają być jako pierwsze zaserwowane użytkownikom.

Zobacz także

Powiedzmy sobie wprost. Komu zależy na tym, by w ten sposób manipulować informacjami w sieci?

Afera Cambridge Analytica ujawniła, że partie polityczne mogą w ten sposób zabiegać o elektorat wyborczy. W szczególności o przekonanie do siebie rzeszy niezdecydowanych osób. Przypadek tej sprawy jest o tyle ciekawy, że Cambridge Analytica jako firma badawcza szczyciła się tym, że na życzenie danej opcji politycznej wykorzystuje dane użytkowników na Facebooku. To zaś doprowadziło do jej upadku. W moim przekonaniu takie firmy nadal istnieją, jednak po tej głośnej aferze ich działalność będzie dyskretna i trudna do ujawnienia.

W przypadku Cambridge Analytica trudno było udowodnić, że firma złamała prawo.

To było balansowanie na granicy prawa. Analitycy tylko przetwarzali dane, co nie jest zabronione. Na podstawie uzyskanych informacji udostępnianych na Facebooku tworzyli kampanię zaadresowaną do konkretnej grupy odbiorców. Tutaj największym problemem było wykorzystanie przez firmę badawczą danych wrażliwych, które przetwarzane były bez wiedzy i zgody użytkowników.

Zobacz także

Tzw. Imperium GAFA, czyli Google, Amazon, Facebook i Apple, używają algorytmów, które są objęte tajemnicą. W związku z tym nasza wiedza na ich temat jest dość uboga. W związku z tym portale społecznościowe mogą bezpośrednio przyporządkować danego użytkownika do danej grupy odbiorców odpowiednich treści.

Facebook czy Google może wykorzystać nasze dane w dwojaki sposób. Po pierwsze, na podstawie haseł, które wpisujemy w wyszukiwarce, może sugerować nam reklamy zawierające informacje o produktach czy usługach, których wcześniej szukaliśmy.  GAFA może jednak pójść o krok dalej i wykorzystać nasze dane w celu samodzielnego tworzenia treści na zlecenia na przykład partii politycznych.

W swojej publikacji pisał Pan, że to imperium GAFA stoi za podziałem społeczeństwa.

Nie mam co do tego wątpliwości. Wystarczy prześledzić prywatne wpisy znajomych na Facebooku, czy przeczytać posty w grupach – hejt stał się powszechnym zjawiskiem. Rzymska zasada „dziel i rządź” sprawdza się także dzisiaj. Podział społeczeństwa, postępująca antagonizacja i  kreowanie wspólnego wroga pomaga osiągnąć cel, jakim są wygrane wybory. Należy sobie jednak zadać pytanie, jakie będą koszty społeczne takich działań? Podziały polityczne mogą przełożyć się na prywatne życie obywateli.

Premier Mazowiecki mówił, że możemy się ze sobą nie zgadzać, ale nie możemy się nienawidzić. My jako naród idziemy jednak w przeciwną stronę, a media społecznościowe jedynie podsycają naszą nienawiść.

Zobacz także

Czy polskie partie polityczne za to płacą?

Nie ma na to dowodów, ale nie można tego wykluczyć. Na podobne działania w social mediach najczęściej pozwalają sobie reprezentanci amerykańskich partii, co pokazał przykład wyborów prezydenckich. Korelacje między ludźmi biznesu i polityki zawsze będą istniały i już zawsze będzie to miało wpływ na przebieg wolnych wyborów.

Czy wobec tego wolność wyborów w przypadku najbliższego głosowania w październiku jest zagrożona?

W polskim prawie brakuje legalnej definicji zasady wolnych wyborów. Warto zauważyć jednak, że sprowadza się ona nie tylko do umożliwienia dokonania swobodnego wyboru przez obywatela, ale także do zapewnienia nieskrępowanego dostępu do informacji, które pozwolą wyborcy uzyskanie obiektywnego obrazu danej partii politycznej czy kandydata. W przypadku wyborów w Polsce możemy mówić jedynie o zagrożeniu manipulacji treścią przedwyborczą za pośrednictwem mediów społecznościowych. Pytanie tylko, czy partie zdecydują się na taki krok.

Partie polityczne jednak nie kryją się z tym, że wykupiły reklamy na Facebooku.  

To czysty marketing. Co więcej, taka reklama nie musi wprost wskazywać na kogo głosować. Wystarczy, że odbiorca otrzyma komunikat pośrednio związany z wyborami, który jedynie sugeruje, o jaką partię chodzi. Partie polityczne w Polsce często stosują też reklamę negatywną, w których wskazują na błędy konkurencyjnych ugrupowań. Nie zawsze jednak czarny PR popłaca, o czym przekonała się opozycja. Poprzednia kampania ze strony PO była oparta na krytyce partii rządzącej. Okazało się jednak, że PiS trafił do wyborców swoim programem wyborczym.

Elektorat wyborczy potrzebuje prostego przekazu. To wynika z naszej mentalności i braku wiedzy o polityce i systemach wyborczych. Głównym celem partii politycznych w kampaniach reklamowych są po pierwsze niezdecydowani wyborcy, po drugie – osoby niezorientowane w polityce.

Niezdecydowani wyborcy są też łatwym celem jako użytkownicy Facebooka.

To prawda. Facebook analizuje nie tylko te dane, które dobrowolnie udostępnimy. Pod uwagę bierze każdą aktywność w social mediach: polubienia, obserwacje stron czy też komentarze. Zaszufladkowanie takiego użytkownika jako potencjalnego odbiorcy odpowiednich treści politycznych to proces automatyczny, który nie wymaga większego wysiłku ze strony pracowników Facebooka.

Siłą rzeczy przeciętny użytkownik Facebooka ma ograniczony dostęp do informacji. Serwis podsyła mu tylko te treści, które wskaże algorytm.

To tak zwana „bańka informacyjna”, z której niełatwo jest się uwolnić. Może ją tworzyć Facebook albo Google, korzystając z polityki cookies, którą akceptujemy. Dane zbierane przez te serwisy pozwalają im w prosty sposób zaszeregować użytkownika i dobrać do niego konkretne informacje. Pytanie tylko, czy treści przekazywane w sposób podprogowy będą w stanie wpłynąć na nasze preferencje polityczne.

Zobacz także

Mówimy o zakazanych reklamach podprogowych. 

Całe imperium GAFA z łatwością przemyca ich kwalifikowaną formę. Możliwą drogą wyjścia z „bańki informacyjnej” jest dbanie o swoją prywatność poprzez np. ustawienie wyszukiwarki na tryb prywatny lub czyszczenie historii przeglądania na bieżąco. W mediach społecznościowych jest to jednak niewykonalne. Warto zatem opierać swoją wiedzę na informacjach pochodzących z wielu źródeł i zwyczajnie interesować się tym, co nas otacza i weryfikować treści.

Nawet jeśli w Polsce ryzyko wykorzystania danych użytkowników na rzecz kampanii jest niewielkie, partie mają inne metody. Nietrudno na przykład o fake newsy.

O tym świadczy chociażby ostatnia afera z wiceministrem sprawiedliwości, który miał zlecać internautom oczernianie sędziów nieprzychylnych reformie sądownictwa. Tajemnicą poliszynela jest to, że politycy współpracują z ludźmi, którzy na zlecenie piszą fake newsy. Przypuszczam, że dotyczy to większości partii politycznych na świecie. To także wyzwanie dla nas. Kto dzisiaj weryfikuje informacje w sieci? Społeczeństwo potrzebuje prostego przekazu, a fake newsy sprawdzają się w swojej dezinformacyjnej roli. Zlecenie pisania fałszywych wiadomości jest też dla polityków tańsze niż opłacenie usług firmy wykorzystującej dane użytkowników, by trafić do nich z kampanią wyborczą. Takie kontrowersyjne informacje zyskują zaś popularność w sieci z prędkością światła.

Zobacz także

Co zatem stoi dziś na drodze do wolnych wyborów?

Ignorancja wyborców. Żyjemy w społeczeństwie, które wierzy w każdą informację, którą otrzyma. Nie weryfikujemy wiadomości i nie jesteśmy świadomi tego, że możemy paść ofiarą manipulacji. Możemy zostać oszukani bez względu na to, czy trafimy na treści wykorzystane przez Facebooka, czy na legalnie wykupioną reklamę. Często podchodzimy do urn z utrwalonym, fałszywym przekonaniem w głowie, że nasze wybory są słuszne.

Taki stan rzeczy to też wina słabo rozwiniętego społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Rola wyborcy niestety sprowadza się dziś do cyklicznego oddania głosu. Po wyborach nie patrzymy władzy na ręce i nie rozliczamy jej. Czekamy do kolejnego głosowania.

Skoro nie da się jednoznacznie stwierdzić, że zakrzywianie obrazu rzeczywistości za pośrednictwem Facebooka jest złamaniem prawa, to jak z tym walczyć?

Manipulowanie treścią poprzez algorytmy nie jest nielegalne, ale moralnie nie jest w porządku. Celem Facebooka czy Googla jest zarabianie pieniędzy, nie robią przecież niczego prawnie zabronionego. Jednak poprzez zakłamywanie rzeczywistości serwowanej użytkownikom przykładają rękę do przesądzania o wynikach wyborów. Algorytmy są tajemnicą firmy, która nie ma obowiązku ich ujawniać.

A może to prawo powinno iść z duchem czasu. Dlaczego w przypadku zagrożenia wycieku danych czy manipulacji przy wyborach nie możemy wyciągnąć konsekwencji wobec Facebooka?

Imperium GAFA to potęga. Facebook czy Google dysponują budżetem większym niż wartość PKB niejednego kraju. Nawet jeśli pojawiłyby się pomysły wprowadzenia nowych przepisów, zapewne szybko zostały skrytykowane przez polityków, którzy sami korzystają na działalności Facebooka.
Afera Cambridge Analytica skończyła się dla Facebooka surową karą finansową. Jednak nie na tyle surową, by taka akcja się nie powtórzyła. Firmy będą ostrożniejsze, jednak nie ma co liczyć na to, że nasze dane nie będą już wykorzystywane.

Zobacz także

Czy zatem wyborcy mają dziś niczym nieskrępowany wybór przed wyborami?

Wyborcy są pod stałą presją informacyjną. Ale to wina naszego umysłu. Psycholog, ekonomista i noblista zarazem – Daniel Kahneman – tłumaczył, że funkcjonowanie ludzkiego umysłu można podzielić na myślenie szybkie i wolne. To pierwsze towarzyszy nam każdego dnia przy pozornej ocenie sytuacji. To drugie wymaga analizy i zaangażowania. Niestety przy podejmowaniu decyzji w sprawie wyborów najczęściej uaktywniamy szybkie myślenie. Reagujemy na bodźce w sposób automatyczny, a partie wykorzystują to w kampanii. Człowiek jest tak skonstruowany, że zawsze nasz wybór uzależniony będzie od bodźców zewnętrznych. Z natury jesteśmy podatni na wpływy, także w przypadku treści wyświetlających się na Facebooku.

Czy w związku z tym można uznać, że wszystkie wybory będą w pewien sposób zmanipulowane?

Nie będą niezgodne z prawem, lecz decyzja o wygranej danej partii może zostać podjęta pod wpływem presji czy nawet manipulacji. Pytanie, jak dużej liczby wyborców dotknie ten proceder.

Jak uświadomić ludzi, że mogą padać ofiarą manipulacji?

Tej świadomości nie ma i jeszcze długo nie będzie. Liczę w tej kwestii na działalność fundacji i rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Komu innemu ma na tym zależeć? Na pewno nie firmom takim jak Facebook czy Google, a także politykom nie będzie na tym zależało. To nie jest w ich interesie.

Czyli to walka z wiatrakami?

Mam nadzieję, że nie. Chociaż nie wiem, czy to nie złudna nadzieja. Potrzebujemy gruntownej edukacji obywatelskiej. Dzieci od małego powinny być uświadamiane, jak funkcjonować w mediach społecznościowych. Polskiej szkole brakuje nauki na miarę XXI wieku.

Zobacz także

Wierzy Pan, że w tym roku przynajmniej połowa wyborców dobrze przygotuje się do wyborów? Mam na myśli weryfikację informacji, zapoznanie się z programem partii i śledzenie wielu mediów.

Niestety nie. To wina braku wiedzy, edukacji, a także czasu. Niestety cały czas w programach wyborczych szukamy korzyści wyłącznie dla siebie, a nie całego społeczeństwa. Powinniśmy uczyć najmłodsze pokolenia podejmowania racjonalnych decyzji.  Przed nami kolejne wybory, a my wciąż mamy z tym problem. 

Kamil Stępniak jest doktorantem w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Białymstoku. To autor kilkudziesięciu publikacji naukowych z zakresu prawa konstytucyjnego, legislacji, ochrony praw człowieka oraz wykorzystania nowych technologii w prawie, w tym artykułów i monografii naukowych.

RadioZET.pl