Zamknij

Rok z rządowym zakazem pracy. Jak dziś radzą sobie pracownicy zamrożonych branż?

28.05.2021 14:42
Jak radzą  sobie poszkodowani przez lockdown pracownicy
fot. Izlan Somai Photography/Shutterstock (ilustracyjne)

Lockdown, który miał trwać dwa tygodnie, przez ponad rok pozbawiał ludzi pracy, pieniędzy i perspektyw na przyszłość. Lista zamrożonych branż jest długa. Jak dziś, u progu nowego otwarcia w gospodarce, radzą sobie ci, którzy przez pandemię stracili zatrudnienie?

Absurdalne przepisy i dziesiątki zamrożonych branż

Pan Daniel jest nauczycielem, instruktorem i animatorem. Na co dzień działa, a raczej działał w szkołach i przedszkolach, gdzie prowadził warsztaty dla dzieci z wykorzystaniem m.in. klocków LEGO. To dodatkowa forma zajęć dla dzieci, która zwykle cieszyła się sporą popularnością. Przed pandemią nasz rozmówca nie narzekał na brak pracy: poza placówkami oświaty, warsztaty z klockami były atrakcją podczas imprez rodzinnych czy eventów i pikników organizowanych przez galerie handlowe, samorządy czy prywatne firmy. Były nawet półkolonie dla dzieci, podczas których młodzi mogli uczyć się pod okiem instruktorów. Wszystko jednak zmieniło się w marcu 2020 roku.

- Nasza działalność została praktycznie zamrożona. Zamknięto szkoły, centra handlowe, zakazano spotkań i imprez rodzinnych, przez co nasza branża została sparaliżowana. Nie prowadziliśmy działalności aż do wakacji. Jedyną deską ratunku były zajęcia online, co nie zawsze zdawało egzamin. Klocki były dostarczane do domów, wcześniej nagraliśmy filmy instruktażowe, dzięki czemu dzieci mogły same się uczyć i składać modele. Taka nauka nie może się jednak równać zajęciom, które prowadzimy na żywo, kiedy to instruktorzy na każdym etapie są do dyspozycji dzieci. To jedynie namiastka tego, co oferowaliśmy przed pandemią. Poza tym nie po to rodzice wysyłają do nas dzieci, by te znów skazane były na siedzenie przed ekranem komputera – mówi pan Daniel.

Nasz rozmówca dodaje, że jedynie wakacje uratowały po części ten biznes: wróciły półkolonie, ale z ograniczoną liczbą uczestników i w reżimie sanitarnym. Jak instruktorowi z rządowym zakazem działalności udało się wytrwać do lata? Pan Daniel skorzystał z mikropożyczki dla firm, ale to nie rządowa pomoc pozwoliła mu przetrwać.  - Choć nie mogliśmy zarabiać, koszty stałe pozostały. Musieliśmy m.in. opłacać czynsz za wynajem biura, co udawało się nam wyłącznie dzięki oszczędnościom – tłumaczy nasz rozmówca.

Z czasem uzyskanie pomocy  z rządowych programów okazywało się coraz trudniejsze. Warunkiem otrzymania wsparcia był spadek przychodów miesiąc do miesiąca lub w porównaniu z analogicznym miesiącem poprzedniego roku. - Kiedy przez chwilę próbowaliśmy się odbić to choćby i najmniejszy przychód wykluczał możliwość skorzystania z tarcz. Trzeba było uważać, by w kwietniu nie zarobić więcej, niż w tym samym miesiącu 2020 roku, kiedy już trwała pandemia. W ostatniej nowelizacji przepisów rząd dał możliwość porównania przychodów z ostatnim miesiącem przed pandemią, czyli lutym 2020 roku. Nam to jednak nie pomogło, gdyż był to okres ferii zimowych, kiedy i tak nasze przychody są niskie – mówi pan Daniel.

Koniec wakacji i (chwilowy) powrót dzieci do szkół nie był zbyt pocieszający dla nauczycieli, którzy prowadzą dodatkowe zajęcia w szkole. Firma pana Daniela po zaoferowaniu dodatkowych zajęć zwykle spotykała się z odmową ze strony dyrektorów szkół lub rodziców. Ci obawiali się, że dodatkowe godziny spędzone w szkole narażą dzieci na zachorowanie.

- Zanim zdążyliśmy przekonać rodziców i dyrektorów do dodatkowych zajęć dla dzieci, rząd ponownie wprowadził lockdown, który trwał aż do wiosny. Z nadzieją czekamy na pełne odmrożenie gospodarki, choć wiemy, że dyrektorzy i rodzice nadal będą ostrożni, a dodatkowe zajęcia w szkołach nie będą ich priorytetem – tłumaczy pan Daniel.

Nasz rozmówca z nadzieją czeka na tegoroczne półkolonie i nowy rok szkolny. Na pytanie o to, czy myślał o zmianie zawodu odparł: „gdybym wiedział, że pandemia potrwa ponad rok, być może myślałbym o przebranżowieniu się. Całe szczęście, udało nam się wytrwać”.

Trenerka fitness: uratował nas Polski Związek Przeciągania Liny

O podsumowanie 2020 roku zapytaliśmy Natalię, trenerkę personalną i instruktorkę fitness. Ta branża równie mocno dostała w kość.  - Raz nas zamykali, raz otwierali. Były takie momenty, że nie wiedzieliśmy na czym stoimy i na co sobie możemy pozwolić. W pewnym momencie wszyscy pogubiliśmy się w restrykcjach. Nikt nie umiał odpowiedzieć mi wprost, czy w danym okresie mogę pracować i dla kogo – wspomina Natalia.

Nasza rozmówczyni prowadzi własny biznes i ćwiczy z klientami wielu lokalnych siłowni. Jak mówi: jej przypadek i tak nie był najgorszy. - W porównaniu do właścicieli siłowni i tak byłam w komfortowej sytuacji: nie wynajmuję przestrzeni, nie muszę płacić czynszu, ani pensji dla pracowników. To plusy jednoosobowej działalności. Pomogło mi świadczenie postojowe i mikropożyczka. Nie była to hojna pomoc, ale wystarczająca. Było to rzecz jasna mniej, niż w normalnych warunkach mogłam zarobić. W czasie pierwszego lockdownu pozbyłam się wszystkich oszczędności – mówi trenerka.

Natalia, podobnie jak setki innych instruktorów, przeniosła swój biznes do sieci. Treningi online były jednak adresowane jedynie dla tych, którzy już przed pandemią  wykupili usługę, a była to jedyna możliwość, by ją zrealizować. Jak dodaje trenerka, nie było szans, by nowi klienci zechcieli zapisać się na płatne zajęcia przez internet.

- Ludzie zapytają: dlaczego mam za to płacić, skoro na Youtubie treningi są za darmo? Taka alternatywa była skazana na porażkę. Taki trening poza tym bywa niewystarczający, co doskonale rozumiałam. Nie mogłam sprawdzić tak jak na siłowni, czy dana osoba poprawnie wykonuje ćwiczenia – mówi Natalia.

Dopiero wiosenny lockdown paradoksalnie pozwolił Natalii odetchnąć i nieco nadrobić straty. Treningi, pod warunkiem sprzyjającej pogody, odbywały się na zewnętrz. Taka forma zajęć była wówczas głównym źródłem przychodu naszej rozmówczyni. Przez niemalże cały lockdown były bowiem organizowanie zajęcia na siłowniach, ale tylko dla wybranych. Skorzystać z nich mogli członkowie kadr narodowych, których w pandemii przybyło…

- Trenowałam z osobami zapisanymi do kadry narodowej przeciągania liny. Póki te kadry mogły trenować, zajęcia odbywały się na siłowni. Były kontrole sanepidu, wszystko było zgodnie z prawem. Każdy klient należący do kadry miał odpowiednią licencję. W praktyce każdy mógł zapisać się do kadry. Gdy tylko rozpoczął się lockdown a siłownie otwarte były tylko dla zawodowych sportowców, większość kadr narodowych zyskała dziesiątki, może i nawet setki nowych członków. Na pewno był to złoty rok dla narodowej kadry przeciągania liny – mówi trenerka.

Natalia liczy na szybkie odrobienie strat. Jak mówi, "przedpandemiczni" klienci już do niej wrócili. Nie obeszło się bez pytań o szczepienia. – Podopieczni pytali, czy jestem zaszczepiona. Czuli się wtedy bezpieczniej i chętniej zapisywali się na treningi  - podsumowuje nasza rozmówczyni.

Lider zespołu De Mono: pracowałem na budowie

Branża muzyczna, podobnie jak sektor fitness, nie mogła zadowolić się występami online. O swoich doświadczeniach pandemicznych na antenie Radia ZET opowiedział lider zespołu De Mono Andrzej Krzywy.

Lider zespołu De Mono wyznał, że przed pandemią grupa grała około 60 koncertów rocznie. W 2020 roku zagrała dwa razy. - Nie ukrywam, ciężko się z tego utrzymać. Znam wielu artystów, którzy się przebranżowili. To nie jest tak, że każdy z nas leży i narzeka, jak ma źle. Zaraz ktoś powie: ale grałeś tyle lat i mogłeś odłożyć pieniądze. Każde oszczędności kiedyś się kończą, a mija rok, odkąd nie możemy normalnie występować i zarabiać - stwierdził muzyk.

Jak zatem udało się przetrwać muzykowi? – Pracowałem na budowie – mówi Andrzej Krzywy. Artysta podkreślił, że musiał podjąć się dodatkowej pracy, bo inaczej, przez brak koncertów, nie utrzymałby się.

- Może gdybym był kawalerem, to dałbym sobie radę. Jednak muszę utrzymać rodzinę. Nie chcę jedynie siedzieć w domu i myśleć, że sytuacja pandemiczna jest fatalna. Nie jestem jakąś "obsraną gwiazdą", która będzie płakać, że ma źle. Staram się wspomagać domowy budżet -  podsumował artysta.

Muzyk zwracał uwagę na lockdownowe pomysły rządzących, które nazywa absurdem. Mianowicie: zakaz występów zespołów na żywo. - Mógłbym grać solo z kasetą, ale z zespołem już nie mogę. Teoretycznie, gdybym nazwał nasz występ kabaretem, to już moglibyśmy wystąpić. To jest paranoja i trochę oszukaństwo – mówił Andrzej Krzywy.

 

Restauratorzy nie wierzą w nowe otwarcie

Piotrek od ponad 15 lat związany jest z gastronomią i jak mówi, restauracja to całe jego życie. Nasz rozmówca od trzech lat pracuje w jednym z warszawskich lokali, który jak setki innych miejsc, walczył o przetrwanie pandemii.  - Póki istnieje restauracja, z którą jestem związany od lat, to będę pracował. Mam cudowne szefostwo, wszyscy jesteśmy rodziną – mówi Piotr.

Nie każdy miał jednak szczęście, by pozostać w zawodzie. Dane Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej wskazują, że w ciągu ostatnich miesięcy 2020 roku upadło pomiędzy 7 a 8 tysięcy restauracji, a zwolniono około 130 tysięcy pracowników.

- To okropny czas dla branży gastronomicznej. Po wielu miesiącach pandemii tylko kilku moich kolegów zostało w zawodzie. Są to jednak osoby, dla których taka praca jest pasją, wykonują ją od lat i tylko w ten sposób się odnajdują. Ja sam kończyłem technikum gastronomiczne, nie widzę dziś siebie w innej branży. Mam 31 lat, a od 16. roku życia jestem związany z gastronomią – mówi Piotrek.

Rząd niejednokrotnie fundował restauratorom, kelnerom, barmanom czy kucharzom rollercoaster. Zakaz działalności ogłaszany był niemalże z dnia na dzień, przez co lokale gastronomiczne  pozostawały bez klientów z tonami zamówionego wcześniej jedzenia. Do niedawna jedyną opcją dla restauracji była działalność na wynos. - To nie to samo, co obsługa gości w restauracji. Nie sprzedajemy alkoholi, nie otrzymujemy napiwków, nadal musimy kombinować.  Decyzje rządu o zamknięciu restauracji były ogłaszane praktycznie z dnia na dzień. Co mieliśmy zrobić z towarem, który mieliśmy sprzedać? Straty restauracji były ogromne, wszyscy to odczuliśmy, gdyż obniżono nam pensje – dodaje Piotrek.

Problemy finansowe to niejedyne zmartwienia pracowników branży HoReCa. Lokale gastronomiczne w czasie lockdownu często poddawane były kontroli urzędniczej.

- Mieliśmy kontrole policji w restauracji. Funkcjonariusze pytali wprost, czy mogą zjeść w lokalu. Mówili, że mają dość jedzenia w radiowozie. To oczywiście prowokacja, musiałem im odmówić. Ta sytuacja była o tyle komiczna, że codziennie przywoziliśmy tym policjantom lunch na komisariat. Były też panie z sanepidu, które chciały zjeść przy stolikach wystawionych na zewnątrz. W czasie zakazu prowadzenia działalności w ogródkach stoły te nie były przystosowane do spożywania posiłków, po prostu ich nie schowaliśmy. Oczywiście odmówiłem… Jak później się dowiedziałem, te panie były już znane w branży, regularnie odwiedzały restauracje w pandemii – tłumaczy Piotr.

Zdaniem naszego rozmówcy rządowe tarcze, które miały rekompensować lockdown, nie zawsze były skuteczne. Pomoc często warunkowana była faktem zatrudniania etatowców, były też bariery dotyczące przychodów. - Rządowa pomoc to gówno prawda, musieliśmy kombinować. Zgodziliśmy się na obniżkę wynagrodzeń. Nie czułem, by groziło nam zwolnienie, ale były rozmowy, podczas których szefostwo mówiło, że „jeśli to wszystko dłużej potrwa, to nie wiemy jak będzie” – wspomina Piotr.

Jak dodaje, wtedy pojawiały się pierwsze pomysły, jak utrzymać biznes. Załoga z lokali wyszła na ulicę. Restauracja obniżyła ceny, modyfikowała menu i rozwoziła jedzenie… po placach budowy. Każdego dnia sprzedawała obiady tym pracownikom, którzy wciąż mogli pracować tak jak przed pandemią. Pracownik lokalu mówi, że wakacje pozwoliły częściowo odrobić straty, ale nie na długo. Jesienny lockdown znów pokrzyżował plany wyjścia na prostą.

- W wakacje dzięki otwarciu ogródków piwnych odrobiliśmy straty, ale jesienią znów zamknięto nas z dnia na dzień, dokładnie z piątku na sobotę. My mamy stałych gości, wiedzieliśmy, że mogliby zjawić się w ten jeden weekend. Wszystko z dnia na dzień się zmieniło, to było chore. Byłem już niemal pewien, że to koniec, że trzeba będzie zamykać i szukać innej pracy. Znów szukaliśmy rozwiązań: obniżyliśmy ceny, choć działaliśmy na granicy opłacalności. Reklamowaliśmy się, roznosiliśmy ulotki, a rządowa pomoc w tym czasie była znikoma – wspomina Piotr.

Czy teraz będzie lepiej? Przełom maja i czerwca to nowe otwarcie dla gastronomii. Zgodnie z rządowym harmonogramem to właśnie wtedy ma zakończyć się lockdown. Wydaje się jednak, że pracownicy branży gastronomicznej  stracili zaufanie do rządu. - Nikt nie myśli, że będzie lepiej. Jeszcze długo restauracje nie będą żyć życiem „restauracyjnym”. Nauczeni doświadczeniem będziemy mieć z tyłu głowy to, że w każdej chwili mogą nas zamknąć i to z dnia na dzień. Jedynie szczepienia dają nam nadzieję na szybki powrót do normalności – mówi Piotrek.

Na pomoc „dziadkom biznesu”

Zamknięcie restauracji pośrednio pociągnęło za sobą upadek małych firm, które współpracowały m.in. z gastronomią. Restauracja, w której pracuje nasz rozmówca zamawiała ręcznie haftowane serwetki od pań, które zawiesiły działalność. Lokalna drukarnia wizytówek i ulotek, z której usług korzystał również zakończyła działalność. Jak czas pandemii zmienił losy tych przedsiębiorców, którzy nie zawsze są w stanie przebranżowić się lub wypromować w sieci?

Nagłośnieniem historii „dziadków biznesu”, czyli seniorów (i nie tylko), którzy od lat prowadzą lokalne kawiarnie, sklepy czy warsztaty, zajęła się grupa studentów, która nieoczekiwanie odmieniła ich los. O tym jak studencki projekt przemienił się w akcję, która niesie więcej pomocy niż niejedna rządowa tarcza, opowiedziała nam Julia Czumaj.

- „Dziadkowie Biznesu” to projekt studencki w ramach akcji Zwolnieni z teorii. Skąd pomysł na taką akcję? Osoby starsze nie mają możliwości promowania swojego biznesu w sieci albo nie mają odpowiedniej wiedzy na ten temat. Nawet nie chodzi o konkretne firmy, ale o każdą panią czy pana, który sprzedaje kwiaty na ulicy. Informujemy o tym internatów i robimy wszystko, by takim osobom nie zabrakło klientów – wyjaśnia studentka.

Julia razem z innymi studentami: Oliwią Szataniak, Julią Kużelewską, Zofią Mańczuk, Filipem Zaporą i Janem Bawolikiem, pomaga przedsiębiorcom przetrwać czas pandemii. W jaki sposób? Studenci opisują w sieci historie lokalnych przedsiębiorców. Te udostępniane są na Facebooku lub Instagramie wraz z lokalizacją, ze zdjęciami i – co najważniejsze – historiami firm i ich właścicieli. Celem jest uratowanie biznesów zagrożonych zamknięciem poprzez poinformowanie internautów o losach „dziadków biznesu”.  - Chcielibyśmy pomóc wszystkim – mówi Julia.

- Rozglądaliśmy się w wielu miastach Polski, nie tylko w Warszawie. Początkowo nie każdy chciał z nami współpracować, projekt jeszcze nie był znany. Z czasem internaci sami zaczęli podsyłać nam historie często upadających biznesów w swoich miejscowościach i jakoś to wszystko poszło dalej, a skala pomocy zaczęła się powiększać. Wyjątkowo rzadko zdarza się, że seniorzy sami do nas napiszą. Zwykle ich historie opisują nam przyjaciele, rodzina czy inni mieszkańcy miast, w których pracują – dodaje studentka.

Jakie problemy mają „dziadkowie biznesu”? 

Pan Marian ze sklepu obuwniczego na nasze pierwsze słowo „dzień dobry”, dodał „nie wiem czy taki dobry”. Po krótkiej rozmowie zdradził, że biznes, który prowadzi od 1993 roku w dobie pandemii był na skraju bankructwa. Przychody spadły o 60 proc., a lokal odwiedzało może 8 osób dziennie. Tylu klientów Pan Marian wcześniej obsługiwał w godzinę 

Julia Czumaj, Dziadkowie Biznesu

Julia opowiedziała nam też o biznesie pani Walentyny z Białegostoku, która straciła już nadzieję na przezwyciężenie problemów finansowych, które pojawiły się wraz z pandemią. Kobieta od 60 lat prowadzi lodziarnie, która od miesięcy mierzyła się z brakiem klientów. Dziś, po publikacji postu na stronach „dziadków biznesu”, pani Walentyna szuka nowych pracowników.

- Niesamowite historie dziadków biznesu chwytają za serce. To sprawia, że dobro idzie dalej, że wieść się roznosi. Byliśmy pod wrażeniem tego, jak ludzie zareagowali na informację o problemach w konińskim skate shopie. Pan Andrzej z żoną Ewą prowadzili biznes od ponad 40 lat, początkowo był to sklep odzieżowy, potem skate shop. W czasie pandemii pani Ewa przegrała walkę z nowotworem, pan Andrzej musiał sam prowadzić sklep. Opisaliśmy poruszającą historię tego małżeństwa, post udostępniono ponad 1800 razy. Najwięksi raperzy, w tym Bedoes i Peja, namawiali fanów, by zajrzeli do tego skate shopu. Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że pan Andrzej zyska w tym trudnym czasie klientów – mówi Julia.

Takich historii było więcej, a każda z nich, jak dodaje Julia, warta była opisania. Niosący pomoc studenci nie pytają seniorów o to, czy skorzystali z pomocy. Pomagają każdemu, kto tylko jest w potrzebie. Akcja „dziadkowie biznesu” ruszyła 15 kwietnia, dziś wieść o przedsiębiorcach w potrzebie dociera przynajmniej do 20 tys. użytkowników.

 – Seniorzy sami nie mają świadomości, jaką moc ma internet.  Zasięgi są ogromne, sami nigdy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, że projekt zyska rozgłos. To zwykła akcja studencka, taka była na początku. Teraz, nawet po zaliczeniu przedmiotu, nie porzucimy tego. Nadal będziemy zbierać i opisywać historie dziadków biznesu – podsumowała studentka.

RadioZET.pl