Zamknij

Przedsiębiorcy zeszli do podziemia. Czarny rynek restauracji

08.01.2021 08:40
zamknięta przez lockdown restauracja
fot. GERARD/REPORTER/East News

Przedsiębiorcy objęci rządowym zakazem działania zbudowali państwo podziemne. Świadczą swoje usługi w pełnej konspiracji, jako ze nie mają nic do stracenia: bez wpływów czeka ich śmierć, gdyż pomoc z tarcz jest niewystarczająca lub żadna.

Lockdown wymusił na części przedsiębiorstw objętych zakazem działania stworzenie tajnego, czarnego rynku usług, dzięki któremu można wyskoczyć na obiad ze znajomymi czy przenocować w obcym mieście. Obowiązuje pełna konspiracja: klienci przyjmowani są tylko z polecenia, a szczegóły dotyczące chociażby miejsca degustacji (lokalizacja bywa zmieniana, żeby zminimalizować ryzyko wpadki) podawane są SMS-em w ostatniej chwili.

Na przejście do podziemia zdecydowała się stosunkowa mała grupa przedsiębiorców, niezadowolenie i bunt przeciwko zakazom jest jednak coraz bardziej powszechny. Zamknięte sklepy z galerii handlowych przeprowadziły się na parkingi, korzystając z handlowych wozów Drzymały, a część objętych zakazem interesów coraz śmielej otwiera się na zupełnie na widoku. Pomaga w tym wyrok WSA: sąd stwierdził, że nałożenie zakazu działalności przez rząd nie ma umocowania prawnego i narusza konstytucję.

Państwo podziemne przedsiębiorców. Powstał czarny rynek restauracji i hoteli

Oficjalnie pytani o możliwość wizyty obiadowej restauratorzy wskazują, że dania można zamówić tylko na wynos. Innej wersji osoba przychodząca z ulicy nie usłyszy: przedsiębiorcy nie chcą ryzykować, że odsłonią konspirację i wpuszczą tajnego agenta skarbówki.

Żeby skorzystać z zapomnianych już uroków stołowania się w restauracji, trzeba mieć znajomości. Goście przyjmowani są tylko z polecenia i z dużą nieufnością. Obowiązują także zasady, które mają zminimalizować ryzyko odsłonięcia konspiracji: obsługiwani mają zachowywać się cicho, by nie wzbudzać podejrzeń okolicznej ludności, i pojawiać się we wskazanym miejscu z zachowaniem pełnej dyskrecji.

Państwo podziemne restauratorów działa dynamicznie: część miejsc spotkań jest co prawda stała, ale zdarzają się także przypadki, gdy lokalizacja jest co jakiś czas zmieniana. Jakie usługi świadczone są na czarno? Dla każdego stęsknionego za jedzeniem poza domem i imprezami z ludźmi znajdzie się coś ciekawego.

Dziennikarzom „Gazety Wyborczej” udało się dotrzeć do kilku ofert. Jedną z nich była całonocna biesiada w postaci „śledzika” na 20 osób. Za rezerwację miejsca trzeba zapłacić 70 zł, wymogiem jest także konsumowanie specjałów serwowanych na miejscu, a nie pojawianie się z własnymi zapasami. Lokalizacja podziemnej imprezy zdradzana jest uczestnikom w ostatniej chwili: SMS ze wskazówkami dojazdu przychodzi na około trzy godziny przed startem wydarzenia.

Inne restauracje zdecydowały się na stworzenie stałego alternatywnego miejsca, w którym przyjmowani są klienci. Robienie tego we własnym lokalu byłoby zbyt ryzykowne. Jednym z miejsc na mapie gastronomicznego państwa podziemnego jest pozbawione okien pomieszczenie na tyłach bloku na Żoliborzu, gdzie po weryfikacji polecenia i zapłaceniu 50 zł za wejście można usiąść i napić się piwa. Ceny za kufel lub butelkę wahają się miedzy 10 a 16 zł.

Kolejną opcją na obiad ze znajomymi jest wynajęcie mieszkania na godziny. Zamiast pójść do restauracji na wspólny posiłek, można konspiracyjne spotkać się w jednym z lokali, które zapewniały dochody z najmu krótkoterminowego.

Właściciele są ostrożni i preferują pary, gdyż wiedzą, po co takim chętnym wspólne miejsce na kilka godzin. Niechętnie patrzą na przyjmowanie więcej niż 3 osób, obawiając się reakcji sąsiadów na „zbiegowisko”. Przy umiejętnym prowadzeniu rozmowy można jednak za około 150 zł znaleźć sobie miejsce na spotkanie ze znajomymi, z możliwością pozostania na noc.

RadioZET.pl/Gazeta Wyborcza