Zamknij

Mija „100 dni solidarności". Oto niespełnione obietnice rządu

01.03.2021 14:47
Mija 100 dni solidarności
fot. Gov.pl

Rząd obiecał szybki powrót do podziału Polski na strefy. Warunek był jeden: spadek zachorowań. Sytuacja epidemiologiczna poprawiła się, a rząd słowa nie dotrzymał. W setny dzień „solidarności” przypominamy o zobowiązaniach, z których rządzący się nie wywiązali.

Lockdown od miesięcy paraliżuje gospodarkę. Niebawem minie rok, odkąd „na dwa tygodnie” zamrożono gospodarkę. Bez planu i świadomości konsekwencji.

Jedynym planem, który był długo oczekiwaną przez przedsiębiorców mapą działań rządu, było ogłoszenie „100 dni solidarności”. Dziś, 1 marca 2021 roku te 100 dni mija, a plan nie doczekał się realizacji. Rząd po kilku tygodniach zmienił zdanie.

Regionalizacja obostrzeń. Co obiecał rząd, a czego nie zrobił?

21 listopada 2020 roku premier Mateusz Morawiecki ogłosił 100 dni solidarności. Miał być to czas dyscypliny, której efektem będzie spadek zakażeń i odmrożenie gospodarki. Polacy wywiązali się ze swojej części realizacji tego planu i względnie trzymali się obostrzeń. Przedsiębiorcy cierpliwie czekali na zielone światło od rządu.

100 dni solidarności

Etap odpowiedzialności trwający od 28 listopada do 27 grudnia zakończył się spadkiem liczby zachorowań w porównaniu z poprzednimi tygodniami. Rząd obiecał po tym okresie wdrożyć etap stabilizacji i wrócić do podziału Polski na trzy strefy – czerwoną, żółtą i zieloną. Warunek był jeden: średnia liczba zachorowań z ostatnich 7 dni nie mogła przekraczać 19 tys. Był to próg, który plasował cały kraj w strefie czerwonej.

„Awans” do żółtej strefy miał gwarantować spadek liczby zachorowań do poziomu 9,4 tys. Polska miałaby być zieloną strefą z minimalnymi obostrzeniami przy dobowej liczbie zachorowań w granicy 3,8 tys.

Prześledźmy, jak w tamtym okresie wyglądała sytuacja epidemiczna. 28 grudnia mieliśmy 3,2 tys. nowych zakażeń. Średnia z całego tygodnia to 7,6 tys. zachorowań. Taki wynik kwalifikowałby całą Polskę do strefy żółtej. Rząd zamiast dotrzymać słowa i przywrócić podział na strefy zdecydował wówczas o ogólnopolskim lockdownie. Od 28 grudnia (pierwotnie) do 17 stycznia zamknięte były hotele, sklepy w galeriach handlowych, restauracje u stoki narciarskie. Obostrzenia i jeden termin ferii dla całego kraju zimowych sprawiły też, że dzieci „odpoczywały” od szkoły w domach.

Dlaczego rząd nie dotrzymał słowa i nie poluzował wówczas obostrzeń? Na to pytanie w Radiu ZET odpowiadała wiceminister rozwoju Olga Semeniuk. Jak wskazała, „harmonogram faktycznie przedstawiał różne warianty i strefy, teraz sytuacja jest inna”. Reprezentantka resortu uzasadniała decyzję o ogólnopolskim lockdownie sytuacją poza granicami kraju. Mówiła wówczas o pojawieniu się brytyjskiej odmiany wirusa, przez co i Polska zaostrzyła przepisy.

1 marca przedstawicielka partii rządzącej mówiła w rozmowie z Radiem ZET, że rząd nie wyklucza powrotu do regionalizacji obostrzeń i „jest przygotowany na ten wariant”. Początkiem takiego podziału być może jest zaostrzenie przepisów na Warmii i Mazurach, gdzie od 27 lutego ponownie zamknięte są hotele, kina, teatry i galerie handlowe. Czy rząd pójdzie tą drogą i postawi na regionalne obostrzenia? Przedsiębiorcy są za pod warunkiem, że decyzja rządu będzie przewidywalna. Związek Pracodawców i Przedsiębiorców tuż po ogłoszeniu lockdownu w jednym województwie napisał, że „rząd działa na oślep”. Zdaniem biznesu brakuje jasnych kryteriów, które decydowałyby o wprowadzaniu w danym regionie danych restrykcji.

- Jeśli przyjętym przez rząd kierunkiem wprowadzania ograniczeń jest ich regionalizacja, powinny zostać zaprezentowane jasne i przejrzyste algorytmy podejmowania decyzji w tym zakresie. Tymczasem, mamy do czynienia raczej ze spontanicznym wprowadzaniem restrykcji ad hoc. Co więcej, zapowiedź przywrócenia obostrzeń następuje z marginalnym wyprzedzeniem, co również wprowadza przedsiębiorców w całej Polsce w stan niepokoju i wątpliwości co do perspektyw prowadzenia biznesu – podsumowuje ZPP.

RadioZET.pl